Obserwatorzy

poniedziałek, 24 lutego 2025

Miniatury spadłe jak liść



Nie zgub mnie w zabieganiu, nie upuść w codzienności, nie zapomnij wyjąć z kieszeni, kiedy już wrócisz do domu, ale zostaw przy sobie, gdy zrobisz sobie kawę i siądziesz na kanapie. Nie zapomnij pokochać każdego ranka na nowo, kiedy życie nam podaruje kolejny dzień miłości, i postanowi nie zatrzymywać czasu, bo płynąc dalej i szybciej troskliwie wyszlifuje ostre krawędzie ciężarów.

*******************************************

Jakoś się trzeba pozbierać z tych różnych codziennych rozsypań, z nieplanowanych rozproszeń, z rozlań i w deszczu rozmazań. Zebrać siebie z czułością w ciepłą i mocną garść, choć by się siebie niezręcznie przesypywało między palcami i siebie gubiło natychmiast w dywanie jesiennych liści. Choć by się nie potrafiło siebie zatrzymać w całości. Trzeba te resztki siebie, z troską i zrozumieniem, jak najszybciej zawinąć, w kostkę albo w rulonik, i schować do kieszeni. I mieć siebie przy sobie. 

******************************************

Zebrać kilka westchnień nad rozbudzoną rzeką, odszukać w resztkach śniegu bezwstydnie dobre myśli, złapać promienie słońca, wystarczą zaledwie dwa, i schować do kieszeni. Uwolnić motyle nadziei, gdzieś przecież są, ukryte i niebezpieczne, jak słodka tajemnica, jak grzech, jak zakazany owoc, jeszcze nie całkiem dojrzałe w kokonach wiecznej zmiany. Nie bać się, to na początek. Nie bać się iść coraz dalej. Taki jest plan na wiosnę.

*********************************************

Za jedną małą chwilę, zanim świat się zatrzyma i pozwoli być, może pozwoli nam być. Za jedną małą chwilę, zanim zapadnie noc pełna znaczeń, nieśmiałych sączeń myśli, które wypłyną w ciepłym dotyku dłoni. Za jedną małą chwilę, zanim uniosą się mgły w wilgotnej gęstwinie lasu. Zostańmy w nieprzyspieszeniu, w na-nic-oczekiwaniu, w na-trochę-poczekaniu. Pójdziemy za chwilkę.

*********************************************

Tyle złota w całym lesie! Trzeba się napatrzeć, nachłonąć, nacieszyć, zanim wiosna wybuchnie szmaragdami, rozsypie jaspisy, turmaliny, ametysty na świeżych paprociach i młodych listkach olszyn.

*********************************************

W twym bezsłowiu mnie kochasz, gdy słyszę ciszę od ciebie, zapewniasz i zatrzymujesz pięknem słów w pół słowa. I pytasz, pisząc, czy tak, a ja już nie piszę, tylko zupełnie poszłam. Gdy wrócę, będziemy dalej ogrzewać swoje liczne dzień dobre i senne dobranoce, pomiędzy którymi rozkosznie się będzie przeciągał zmarnowany czas na razem sączoną kawę, pamiętasz, następną pijemy razem, złapaną w sieć krótką chwilą, której tak szybko nie ma. Między nami nie mówiąc. 

*********************************************

Nieidealnym ciasteczkom tak naprawdę jest łatwiej. Mogą sobie poistnieć zupełnie bez wymagań, bez zbędnych oczekiwań, bez konieczności czekania na swoją kolej do lukru, bez przepychanek o podium w konkursie na wzór i posypkę. Mogą się schować w tłumie i niezauważone cicho śnić swoje życie, swój słodki, miodowy sen. Nieidealne ciasteczka ktoś szybko odłoży na bok, a one się znajdą natychmiast, połączą w korzenny team, w ułomną, pękniętą drużynę. A może i nawet w miłość.

**********************************************

Chciałabym stworzyć długą opowieść o nas. Nakreślić każdy dzień, z entuzjazmem opowiedzieć ci o mokrych liściach dębu, które tak pięknie błyszczą w świetle dnia, spróbować opisać kolor nieba, kiedy słońce zachodzi za lasem, dłonią wskazać ci ścieżki w zagajniku, w którym się zawsze gubię. Chciałabym ci opowiedzieć o nas, gdybyśmy byli. Gdybyśmy mogli być.

********************************************

W suchym, brązowym dywanie ciągle się zawierusza, przegarniam pachnącą ściółkę, odkładam na mały stosik złote, dębowe liście i ciągle zielone igliwie, i ściskam w palcach zepsute, zgubione przez jesień szyszki. Gałązek nadziei nie widzę, jeszcze bardziej nie czuję. Ciężkie, ponure niebo wchłonęło świeżą zieleń, patrzy z góry na tych, którzy podnoszą bunt. Trudno. Poszukam jeszcze jutro. Na lekko zziębnięte policzki spadają pierwsze krople tęsknoty.

*********************************************

W szczelinie złotego liścia na moment zapłonął świt. Nim zgasł, zdążył rozpalić myśl. Nim zgasł, zostawił obietnicę. Nim zgasł, rozsnuł się dymem ogniska, rozpalonego w ciepłą, czerwcową noc w ogrodzie niespełnienia, tuż przy bieszczadzkim domu. Mieszkają tam marzenia. Nic więcej, nic ponad.