Jestem kobietą.
Podobno wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie i słodkie żywioły we mnie tkwią. Z
tymi żywiołami to bym nie przesadzała, wiadomo wszak, że kobieta to chodząca
łagodność, wrażliwość i delikatność a jakieś gwałtowne reakcje to zwykłe
pomówienia. Że histeryczna osobowość? Niestabilność emocjonalna? Proszę cię. Kiedy jakaś nader niesprzyjająca okoliczność
zdenerwuje moje delikatne jestestwo, wolę się dystyngowanie obrazić. Choć nie,
wróć, ja się nie obrażam. Ja zapamiętuję. Po to, by w odpowiednim czasie zdjąć
taki zakonserwowany, zawekowany argument z półeczki mojej życiowej zaradności i
przenikliwości. Klasyk powiada, żeby nie wkurzać białogłowy, bo ona pamięta
rzeczy, które się jeszcze nie wydarzyły. Zanotuj sobie tę jedną z wielu prawd. Oraz nie zamierzam się z tobą kłócić, wyjawiam
ci tylko sugestywnie, dlaczego nie masz racji. O co mi chodzi? O nic.
I tak stoję przed lustrem, ja, Kobieta, poranną porą, niczym jasny promień
słońca na zachmurzonym niebie szarej rzeczywistości. Piękna jak zawsze, choć
zdaję mi się, że dziś to już z tym pięknem przesadziłam (kolejny klasyk!),
oczywiście w granicach rozsądku. Wczoraj, kiedy ujrzałam na mieście koleżankę
ze studiów to prawie mi korona spadła, tak się wzdrygnęłam! Strasznie zbrzydła,
aż miło popatrzeć. Stoję zatem przed lustrem spowita pachnącą mgiełką swoich
zachwytów, idealna, gładka i krągła… że co? Za dużo tu i tam? Żartujesz chyba!
Ja nie tyję, ja zwiększam swoją fascynującą, erotyczną powierzchnię użytkową.
Waga? Nie używam, bo mnie menda pogrubia a dietę owszem, zaczynam, regularnie, zawsze
w ten sam dzień. Jutro.
Cztery godziny później – wyjście na zewnątrz wymaga odpowiedniej oprawy
właściwie artystycznej, po to, by stanowczo podkreślić wyjątkowość i wrodzoną
tendencję do wzbudzania zachwytów– odziana w szaty godne królowej, stąpająca na
obowiązkowych w sytuacji wyjścia czerwonych szpilkach – wsiadam do swego
mechanicznego rumaka i odpalam silnik. Za kierownicą czuję się jak bogini – ja
prowadzę, a inni się modlą. No nie przesadzaj, po co mi kierunkowskazy, po co
inni mają widzieć, gdzie jadę. Trąbią? A widzisz, poznali się na mojej zapierającej
dech w piersiach urodzie, to takie drogowe oklaski, przyzwyczaiłam się i nie
zwracam już na nie uwagi, mam swoją godność, nie będę wić się z wdzięczności na
każdy objaw uwielbienia tłumu. W lewo? No przecież jadę w lewo. W to drugie
lewo. Nie bądź drobiazgowy. Parkuję, nie zamykaj oczu, taki mam system, dwa i
pół miejsca, z rozmachem. Wyrażanie siebie wymaga przestrzeni, nie pouczaj
mnie, jesteś niższą formą rozwoju na tej planecie, może i masz orientację
przestrzeni bardziej wyspecjalizowaną, ale umówmy się, to jedyny element
przewagi, o ile można tak to nazwać, poza tym zostajesz, mój drogi, daleko w
tyle, twoje horyzonty są wąskie jak usta przed dawką kwasu hialuronowego, a
rozpoznanie koloru turkusowego, seledynowego tudzież fuksji, którą obraźliwie
nazywasz różowym pozostaje poza twoimi możliwościami intelektualnymi. Ja?
Chamska? Ja po prostu nie lubię być sztucznie miła. Niech cię nie dziwi moje
rozgoryczenie, przed ślubem mówiłeś do mnie: Mój skarbie! Kim jestem teraz?
Skarbonką? Nie przesadzaj, moje wydatki to zaspokajanie podstawowych potrzeb
życiowych, i tak!, siedemnaście par butów
w miesiącu to jak najbardziej potrzeba pierwszego rzędu.
Wysiadam. Wrzucam kluczyki do torebki, mojego sekretnego centrum mobilnego
zarządzającego absolutnie wszystkimi dziedzinami życia - torebka kobiety to
satelita eksplorujący Wszechświat, nagroda Nobla wielodziedzinowa, postęp
technologiczny w najlepszym wydaniu! Nic nie mogę w niej szybko znaleźć? No ja
cię proszę, a które odkrycie, efekt badań, czy novum o wyższej specjalizacji
nie było wdrażane w życie z trudnościami i mozołem?
Zajmujemy stolik w restauracji, otrzymuję od Ciebie bukiet żółtych róż i z
diaboliczną łagodnością oraz urokiem będącym wizytówką mej nieprzeciętnej
osoby, cicho oraz nie, wcale nie z piorunami w oczach, pytam, jak ona ma na
imię, gdzie ją poznałeś, w czym jest lepsza oraz czy zdajesz sobie sprawę, że z
taką wywłoką pokazać się na mieście, to wstyd!? Na widok twojego bezbrzeżnego
zdumienia wyjaśniam ci, jak dziecku, że żółta barwa kwiatów to kolor zdrady,
bronisz się, że wcale nie, że kwiaty ładne, spodobały ci się, bo wydały ci się
takie jasne, takie złote jak słońce, bo ja takim słoneczkiem dla ciebie jestem,
nigdy za chmurkę niezachodzącym!
Coraz mniej spokojna pytam, że słoneczkiem?! Bo taka okrągła
jestem, tak? Taka męcząca, tak? Że patrzeć na mnie nie można, bo wzrok wypala,
taak?? Zrezygnowany siadasz i mówisz, że się mylę, że wcale nie to miałeś na
myśli ale ja! ja wiem swoje! Otóż dobrze, znaj moją łaskę i charakter zupełnie
niekłótliwy, jest 8 marca, Dzień Kobiet, dzień ósmego cudu świata - nieprzypadkowo ta cyfra! Uśmiecham się
wybaczająco, prawie zalotnie, jesteś zdezorientowany, ale w twoich oczach widzę
już wyraz ostrożnej ulgi, wyglądasz trochę jak tygrys po bitwie, potężny zwierz
mruczący jak domowy kotek. Kelner nalewa wino do kieliszków, twoje zdrowie,
kochaj mnie zawsze, na rękach noś, prezentami obsypuj, dostępu do karty
płatniczej nie broń i zanim coś powiesz, zastanów się głęboko.
Bo tak! 😉